Napełnianie swojego kubeczka

Jeśli metafora kubeczka jest Ci obca, pozwól, że zrobię małe intro do tematu. Termin zaczerpnęłam z Rodzicielstwa Bliskości, gdzie mówi się o tym, że można dać innym nie więcej niż samemu się ma zasobów. Czyli, będę na tyle cierpliwa wobec innych, na ile sama jestem wypoczęta i mam naładowane baterie. A wiadomo, z pustego nawet i Salomon nie poleje. Także ważne jest, aby dbać o siebie, swoje potrzeby, swoje kubeczki.

I fajne jest to, że nie trzeba wyjechać samemu na tydzień na Bali, aby móc napełnić ten swój kubeczek. Owszem, wiele bym dała za taką możliwość i jakbym miała wybór, już nurkowałabym na Bali a potem sączyła drinka w chatce. Ale nie mam takiej opcji. Skupiam się na tym, co mogę zrobić. Ciągle szukam nowych sposobów. I z moją aktualną krótką listą chcę się podzielić. Dla inspiracji. Dla swojej pamięci, bo jak mi będzie bardzo źle, zawsze mogę spojrzeć co takiego mi pomaga i może zdobyć się na zrobienie choć jednej z tych rzeczy. Ciekawa też jestem jak Wy macie, co Wam pomaga napełniać Wasze kubeczki. Chętnie spróbuję czegoś nowego!

Codzienna chwila dla siebie

Na pierwszym miejscu chyba to jest, choć długo trwało zanim udało się mi tą rutynę tutaj zbudować. Zawsze coś stało na drodze. Widzę teraz jednak, że kilkanaście minut każdego dnia na zamknięcie się w osobnym pokoju i zrobienie czegoś dla siebie działa cuda. Mamy taki układ z mężem, że codziennie rano i jak skończy pracę mam między 15 a 30 minut dla siebie. Mnie wtedy nie ma, nie jestem dostępna, chyba że jakaś katastrofa (czyli ostatnio: kupa). I trzymamy się tego już od jakiś dwóch tygodni. Miałam nawet czasem tak, że sobie myślę “eh, czuję się spoko, może dziś oleję i zostanę z Wami?”. Ale potem wskakuje mi druga myśl: “hola, hola – ale przecież prewencja. To dzięki tej regularności tak dobrze się czujesz, idź!”.

Co robię? Zwykle, włączam na youtube jakieś 15 minutowe zajęcia jogi. Rozciągam się. Oddycham głęboko. Czuję, że robi mi się przestrzeń na bardziej energetyczne zajęcia. Ale nie spinam się z nimi, bo staram się wsłuchać w siebie i robić relaksujące rzeczy, bo to przecież o to chodzi. O zdejmowanie z siebie, a nie nakładanie kolejnych obowiązków.

Dbanie o ciało od wewnątrz

Myślę sobie, że luksusem dla młodej matki jest regularne jedzenie i picie wody. Pamiętam, że na początku miałam bardzo dużą z tym trudność, bo córka ciągle przy piersi, a ja z nią na fotelu unieruchomiona. Teraz mój mały HNB też potrzebuje dużo mojej uwagi, obecności, zaangażowania. I to jest ok. Nauczyłam się też przy tym wszystkim tak ogarnąć moją przestrzeń, aby regularnie się zdrowo odżywiać. Przez długi czas mieliśmy zamawiany catering, dzięki czemu wystarczyło mi odgrzać sobie jedzenie. Teraz będzie to znowu małe wyzwanie, bo rozszerzając dietę, chcemy skupić się na gotowaniu znowu.

Picie wody to też coś, o czym się wszędzie czyta. Dla mnie, oprócz oczywistego nawodnienia, jest to też o zatrzymaniu się na kilka sekund i skupienie uwagi na sobie. Biorąc szklankę wody skupiam się na tym, aby poczuć co się ze mną dzieje – jakie mam emocje i myśli. Staram się też powiedzieć sobie coś wspierającego, nawet jeśli to byłoby “kurcze, widzę, że jest mi ciężko dziś, to może zwolnię trochę albo poproszę o pomoc”.

Muzyka

Jeszcze jedną rzeczą, po którą często sięgam, jest moja playlista porodowa. Różne piosenki, które przygotowałam jeszcze będąc w ciąży, z myślą o tych chwilach na porodówce w “oczekiwaniu” na córeczkę. Są tam piosenki, które przypominają mi serię mega skurczy, jak próbowałam się zrelaksować/zregenerować w nocy, jak już byłam u skraju sił, czy też jak tuliłam w ramionach bobaska. No i do tych różnych momentów wracam sobie słuchając tych utworów. Widzę ile zmian od tego czasu nastąpiło, ile już trudu za mną. I wtedy mi lepiej. I przypominam sobie, że po każdej burzy nadchodzi słońce i ten skok rozwojowy minie, te różne trudne momenty przejdą i będą kolejne, wesołe dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *